Stowarzyszenie na Rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną, Ruchową i z Autyzmem w Resku


Idź do treści

i kolejne

Słowo od rodzica

RODZICE PISZĄ


HISTORIA Pani Bożeny Mądrowskiej i jej syna Ariela

Dużo osób uważa, że jestem matką nadopiekuńczą
i traktuję Ariela jak jajko, ale to w ogóle mnie nie interesuje. To co moje dziecko przeszło i przechodzi, ma prawo mieć wszystko to, co jestem w stanie mu dać. Całe dorastanie, dojrzewanie, okres buntu, pierwsza miłość, pierwszy zawód miłosny, ślub, dzieci, to wszystko zostało mu odebrane, a to bardzo boli.
Ariel urodził się bardzo mały i słaby. Pomimo, że leżał pod namiotem tlenowym 10 dni i słabo przybierał na wadze, dostał 10 punktów przy wypisie i nic nie wskazywało na to, że będzie coś nie tak. Po trzech latach dowiedziałam się, że ma upośledzenie umysłowe w stopniu znacznym, kiedy miał 5 lat dostał pierwszego ataku padaczki. Tego było za dużo. Myślałam, że to sen, że ktoś wkroczy w moje życie, wręczy mi kwiaty i powie ,,mamy cię", ale była cisza…
Postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby mu pomóc, jeździłam po lekarzach, miał nauczanie indywidualne, terapie zajęciowe w poradni, ale to nic nie dawało.
Przy każdym jego ataku praca mózgu mu się cofała, lekarze przepisywali mu coraz większe dawki leków
i nic. Pewnej nocy dostał takiego ataku, że myślałam, że to już koniec. Znalazłam prywatnego neurologa, który złapał się za głowę widząc leki, które Ariel przyjmował. Dowiedziałam się, że ,,tak zwani lekarze" mało go nie wykończyli. Mimo nabytej padaczki,
która przestała przychodzić Ariel zrobił się nadpobudliwy, zaczęły się problemy, nie chciał w ogóle współpracować. Szukałam wszędzie pomocy, pukałam do wszystkich drzwi, ale jak to bywa w naszej Polsce dla takich dzieci nie ma zbytniej pomocy. Byłam załamana, nie wiedziałam jak mu pomóc, co robić? Znalazłam szkołę, ale z internatem, już prawie się zdecydowałam mimo pękniętego serca, ale pomyślałam: ,,jakoś to będzie, to tylko 5 dni w tygodniu…" W między czasie przy badaniach kontrolnych dowiedziałam się, że Ariel miał niedotlenienie przyporodowe. Myślałam, że wyjdę z siebie, dlaczego nic mi nie powiedzieli?

O Ośrodku Rehabilitacyjno-Edukacyjno-Wychowawczym dowiedziałam się przypadkowo, myślałam, że to cud, że jeszcze nie wszystko stracone. Pozbierałam wszystkie papiery i pojechałam z Arielem do Radowa Wielkiego. Widok nie był zbytnio obiecujący, ale nie przejmowałam się bo wiedziałam, że będzie codziennie w domu. Pan Czesław Frost przyjął nas bardzo miło, oprowadził po szkole i już byłam przeszczęśliwa. Po załatwieniu formalności
1 października 2004 roku Ariel pojechał do szkoły,
a ja oczywiście z nim, ale przy drzwiach od razu mi podziękowali i kazali wracać do domu. Pierwszym wychowawcą Ariela była pani Monika Duszyńska, której jestem bardzo wdzięczna za cierpliwość i pracę nad Arielem, który nic nie potrafił. Również dziękuję pani Katarzynie Leśniak, która obdarowywała go sercem na każdym turnusie rehabilitacyjnym, panu Sylwestrowi Adamskiemu i Marcinowi Budowiczowi, pani Emilii Kałuziak, Agnieszce Wiśniowskiej, które obecnie sprawują nad nim opiekę. Przez tych 7 lat, które Ariel spędził w Ośrodku to nie ten Ariel co był kiedyś. Każdego dnia widzę coś nowego, jest szczęśliwy
i bardzo pocieszny, nawet dostał Filemona Żartownisia, potrafi wszystkich rozśmieszyć. Kiedy miał swoją
18-nastkę, to byłam nawet zazdrosna widząc jaki jest szczęśliwy, między tymi dziećmi, nauczycielami,
a w domu nie miał ochoty z nami spędzić tego wspaniałego dnia. Ośrodek w Radowie Wielkim to strzał w dziesiątkę, jest to jedyna szkoła w Polsce, która ma tyle osiągnięć, tyle daje miłości i poczucia bezpieczeństwa naszym dzieciaczkom. Nie wiem co by było z Arielem, gdyby pan Czesław Frost i Katarzyna Tyza-Sikała nie stworzyli takiej oazy. Zawsze mają co robić, wiecznie jakieś imprezy, wyjazdy rehabilitacyjne, na basen, do Zakopanego, ciężka praca w klasach i na sali rehabilitacyjnej.

Bardzo, bardzo mocno chciałabym podziękować wszystkim wychowawcom, opiekunom i całej kadrze tej szkoły.
Będę Wam wdzięczna do końca moich dni
i dzień dłużej. Wszystkie moje i Ariela problemy skończyły się.
Jestem spokojna i mam więcej siły, żeby Ariela rozpieszczać, choć ma już 20 lat.
Na koniec mogę skwitować, że szkoła w Radowie Wielkim to

,,ARKA CZESŁAWA" DZIĘKUJĘ!!!


Bożena Mądrowska




HISTORIA Pani Urszuli Michalskiej i jej syna Dominika

Kiedy rodzice oczekują narodzin swojego dziecka, czekają na dziecko zdrowe i piękne - i tak jest. Czasami jednak życie nas zaskakuje i rodzą się dzieci, które potrzebują od nas większej miłości, więcej opieki
i dużo cierpliwości. Są to dzieci niepełnosprawne. Przyniesiono mi Dominika po porodzie do pierwszego karmienia i już wiem jest coś nie tak - jego oczka
i zadarty śliczny nosek - ma zespół Downa. Lekarz na wizycie to potwierdził dodając, że badania genetyczne na pewno potwierdzą jego diagnozę. Byłam nim zachwycona, ale i bardzo przerażona co dalej. Nie potrafiłam przez telefon powiedzieć mężowi, że nasz syn jest chory. Gdy odbierał mnie z dzieckiem ze szpitala, zaraz za drzwiami porodówki powiedziałam mu co jest naszemu synkowi. Pamiętam jak dziś, położył zawiniętego w kocyki synka, poodwijał i mówi ,,Ma ręce, nogi jest śliczny damy radę". To co wtedy zrobił i powiedział dało mi poczucie bezpieczeństwa i jego ogromna miłość dała siłę - Tak damy radę. Były chwile załamania, zwątpienia, zadawania pytania dlaczego my. Trzeba było pozbierać się i pilnować, dbać aby Dominik jak najlepiej rozwijał się fizycznie i psychicznie. Zaczęły się wizyty u różnych lekarzy, częste spotkania z psychologiem i logopedą, a nawet u bioterapeuty. Kiedy byliśmy w klinice w Szczecinie na badaniach specjalistycznych, nie mogłam nocować przy dziecku tylko w hotelu. Po trzech tygodniach takiego dobiegania do szpitala zauważyłam, że Dominik kołysze się w łóżeczku jak dzieci z tzw. chorobą sierocą. To było straszne zapomniał wielu rzeczy, których się nauczył. Pracowaliśmy z nim ponad pół roku, aby wrócił do stanu sprzed szpitala. Lubiłam wizyty u psychologa bo one pomagały nie tylko Dominikowi, ale nam także zmierzyć się z życiem i ludźmi, z codziennymi problemami. Mówi się tyle o tolerancji, ale czasami mam wrażenie, że to są puste słowa.



Przy naszej poradni Psychologiczno-Pedagogicznej powstało Stowarzyszenie na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym. Odbywały się spotkania rodziców i dzieci, organizowanie imprez dla nich, mój mąż był zawsze Mikołajem. Po paru latach na zebrania przychodziło już nas troje lub czworo rodziców i Stowarzyszenie się rozpadło. W 2000 roku rozpoczął Dominik naukę w szkole podstawowej. Dzieci go akceptowały, a nawet opiekowały się nim. W 2007 roku dowiedzieliśmy się o Ośrodku Rehabilitacyjno-Edukacyjno-Wychowawczym w Radowie Wielkim. Pojechaliśmy z mężem i z Dominikiem na spotkanie z prezesem Czesławem Frostem. Przyjął nas miło i serdecznie, pokazał szkołę, wychowawcy mili, uprzejmi, dzieci szczęśliwe, wesołe czuło się rodzinną atmosferę. Od 1 stycznia 2008 roku Dominik zaczął naukę w OREW-ie. To był zwrot o 360 stopni w życiu naszego dziecka i naszym. Starsze rodzeństwo nie poznawało go, jest taki dorosły i samodzielny (tylko po miesiącu). Jadł chleb i inne rzeczy, których dotąd nie jadał. Robi postępy cały czas - i to jest piękne, bo my rodzice dzieci niepełnosprawnych kochamy je nieraz za mocno i nie jesteśmy konsekwentni w pracy z dzieckiem.

Chcielibyśmy z mężem podziękować Prezesowi Czesławowi Frostowi za to, że miał tyle w sobie siły i odwagi, aby stworzyć tak wspaniałą szkolę dla naszych dzieci. Dziękuję pani Dyrektor, wszystkim wychowawcom i opiekunom, którzy zajmowali lub będą zajmować się i uczyć naszego syna.

Dziękuję że jesteście.
Michalska Urszula




HISTORIA Pani Ani Jakubowskiej i jej syna Seweryna

Kiedy w wieku 6 lat zdiagnozowano u mojego syna autyzm, mój świat się zawalił!!! Myślę, że każdy kto kiedyś to przeżył wie co wtedy czułam. Szukałam pomocy dosłownie wszędzie, próbowałam wszystkiego, ale niestety z marnym skutkiem. Żadnej pomocy, a czas naglił. Nie będę się tu rozpisywać jakie napotkałam problemy i ile to drzwi przede mną zatrzaśnięto. Szybko zrozumiałam, że tak naprawdę mogę liczyć tylko na siebie. W maju 2008 roku trafiliśmy do Ośrodka w Radowie Wielkim i nie ukrywam, że byłam bardzo mile zaskoczona ciepłem, życzliwością i zrozumieniem jakie nas tam spotkało. Był tylko jeden problem. Odległość, jaka dzieliła dom a Ośrodek (50 km). Czułam że to jest miejsce dla Seweryna i nie mogę zmarnować tej szansy i się nie myliłam. Mój syn trafił do grupy Pani Pauliny. Nosił jeszcze pampersy, a kibelek był jego największym wrogiem. Bał się wszystkich nowych twarzy, płakał i krzyczał, nie dawał się dotknąć, z nikim nie nawiązywał kontaktu. Jadł tylko suche bułki zwykłe, smażoną kiełbasę, a na obiad ziemniaki z dużą ilością sosu i ta nieszczęsna mizeria. Pił tylko wodę cytrynową (tylko jednego producenta). Nigdy nie jadł zup, a właściwie niczego nie jadł. Nie mogłam z nim nigdzie wyjść, chyba że znał trasę, ale nie było mowy o wyjściu do jakiegoś sklepu, to było niemożliwe. Każde wyjście i powrót do domu było koszmarem. Seweryn też niewiele mówił, więc często się denerwował bo nikt nie wiedział o co mu chodzi. Nigdy nie bawił się z dziećmi, nie lubił gdy go przytulano i dotykano.

Jakaż była moja wielka radość, gdy po tygodniu pobytu już przestał nosić pampersy i zjadł swoją pierwszą zupę, i to sam. Nie da się opisać słowami mojej radości i szczęścia, Seweryn robił z dnia na dzień ogromne postępy. W końcu zaczął się stawać samodzielnym chłopcem. Nigdy nie zapomnę jego pierwszej kupy na kibelku, pierwszego samodzielnie zjedzonego obiadu, pierwszych wypowiedzianych krótkich zdań, pierwszych wspólnych zabaw, wycieczek, wakacji...ach... Wiem, że to wszystko dzięki ciężkiej pracy wielu wspaniałych ludzi. Zawsze mówię, że w Ośrodku w Radowie Wielkim dzieją się cuda i wiem też, że przed moim synem jeszcze długa droga, ale przy tym cudowna droga, pełna życzliwych ludzi, śmiechu, zabaw i miłości, a wszystko to dzięki cudownym osobom, którzy wyciągnęli swoją pomocną dłoń nie tylko do mojego syna, ale też do mnie i mojej rodziny. Chciałabym szczególnie podziękować Panu Przewodniczącemu Stowarzyszenia Czesławowi Frost, Pani Dyrektor mgr Katarzynie Tyzie-Sikała, Pani mgr Monice Duszyńskiej - za uśmiech, za dobre słowo, za to że są i że stworzyli takie cudowne miejsce, które śmiało można nazwać drugim domem. Dziękuję również Pani mgr Paulinie Sokołowskiej, super fajnym Panom mgr Adamowi Szczepańskiemu oraz mgr Marcinowi Budowiczowi i super kobietom Pani Natalii Kuźmińskiej i Pani Milenie Sulej, Pani Ewelinie Kowalskiej, Pani mgr Jowicie Budowicz. No i wszystkim pozostałym pracownikom, bo wszyscy jesteście jak jedna wielka RODZINA.

Anna Jakubowska


HISTORIA Pani Basi Kopani i jej syna Tomasza

Kiedy w 2004 roku Ośrodek zaczął funkcjonować, byłam szczęśliwa, ale pełna obaw.
Tomek miał już 13 lat, a ja byłam już wszędzie gdzie spodziewałam się pomocy, a spotkało mnie tylko rozczarowanie (delikatnie to ujmując) i niekompetencja. Jedyne na co mogłam liczyć w tym czasie to nauczanie indywidualne w macierzystej Szkole Podstawowej – żadnych efektów, wielkie nieporozumienie i to dosłownie. Tłumaczyłam sobie, że to dlatego, że Tomek jest bardzo trudnym przypadkiem,
nie mam co liczyć na pomoc i nie ukrywam, że i po Ośrodku w Radowie Wielkim nie spodziewałam się wielkich efektów. Tomek nie reagował na polecenia, był ciągle gotowy do biegu, wydawał głośne dźwięki, obijał dłonią ściany, nie potrafił usiedzieć w miejscu nawet paru minut. Poza tym nie sygnalizował potrzeb fizjologicznych, sikał w majtki, kupę robił tylko w wannie z wodą , a dobrowolnie jadł tylko chrupki kukurydziane i ogórki kiszone. Nie umiem nawet wyrazić co czułam kiedy już po paru tygodniach były już pierwsze efekty. Tomek zaczął reagować na polecenia, zaczął jeść coraz więcej produktów.
Byłam przeszczęśliwa, wróciła mi chęć do życia i to dosłownie. Kiedy podczas turnusu rehabilitacyjnego, na który pojechaliśmy ze wszystkimi dziećmi z Ośrodka (wrzesień 2004 r.) opiekująca się Tomkiem, Monika Blacharska obwieściła, że Tomek zrobił kupę do ubikacji, popłakałam się. Wszyscy się bardzo cieszyli, to była naprawdę piękna i wzruszająca chwila, obcy jakby się wydawało ludzie, cieszyli się razem ze mną.
Dzisiaj Tomek sygnalizuje potrzeby fizjologiczne, potrafi ładnie jeść posługując się wszystkimi sztućcami i je wszystko. Sam się ubiera i rozbiera. Bardzo się uspołecznił, bywa z grupą w kinie, restauracji, jeździ na wycieczki. Rozwija się i usamodzielnia. Bardzo lubi pływać, a że dzieci w każdy poniedziałek jeżdżą na basen do Świdwina, może pływać dosyć często. W 2008 roku podczas corocznej gali Filemonów (święto podczas, którego dzieci nagradzane są za osiągnięcia w różnych dziedzinach, a pracownicy i goście, za działania na rzecz dzieci) Tomasz jako zagorzały wielbiciel pływania, został sportowcem roku, a w 2007 roku otrzymał nagrodę za całokształt, jako dziecko które zrobiło największe widoczne postępy. Przewodniczący Stowarzyszenia Na Rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną, Ruchową i z Autyzmem, Czesław Frost, który powołał Ośrodek do życia zadbał o to żeby ludzie w nim pracujący byli kompetentni, ale przede wszystkim, żeby wkładali serce w to co robią.

To, aż nieprawdopodobne jak wygląda to miejsce dzisiaj, ten człowiek stworzył miejsce wymarzone dla dzieci niepełnosprawnych. Piękny, ogromny obiekt, sale nowoczesne i świetnie wyposażone, wychowawcy–terapeuci nie tylko odpowiednio wykształceni, ale i z odpowiednimi do tej pracy predyspozycjami. Dzieci korzystają ze wszystkiego co możliwe: raz w miesiącu przyjeżdża filharmonia, jeżdżą na turnusy rehabilitacyjne, wycieczki, co poniedziałek na basen. Najcudowniejsze jest to, że nie do pomyślenia jest, aby ktokolwiek potraktował dziecko w Ośrodku jak kogoś gorszego (niestety jak się traktuje dzieci niepełnosprawne w naszym społeczeństwie). Bywałam w różnych miejscach i stwierdzam, że nigdzie nie spotkałam się z takim podejściem do dziecka niepełnosprawnego. W Ośrodku w Radowie dba się o wszystko: żeby dziecko było czyste, żeby wygląd zewnętrzny nie pogłębiał jego niepełnosprawności, żeby nie było głodne, ale przede wszystkim, żeby nie wegetowało, ale żyło normalnie uczyło się i bawiło w miarę swoich możliwości. Chciałabym podziękować wszystkim, którzy na przestrzeni tych 7 lat istnienia Ośrodka przyczynili się do tego, że mój syn Tomasz Kopania może żyć godnie, śmiać się i płakać, tańczyć na dyskotece np. podczas turnusu, jeść obiad w restauracji posługując się nożem i widelcem, być na koncercie organowym podczas wycieczki do Kamienia Pomorskiego i... Wymieniać mogłabym długo. Wszyscy którzy znają mojego Tomka wiedzą, że to wszystko to naprawdę wielkie osiągnięcie. Dziękuję wszystkim, a w szczególności: Przewodniczącemu Stowarzyszenia Czesławowi Frostowi, pracownikom OREW, którzy zajmowali się Tomkiem na początku kiedy to było najtrudniejsze, a mianowicie: Pani Katarzynie Tyzie–Sikała, Marcinowi Budowiczowi, a także: Adamowi Szczepańskiemu, Milenie Sulej – opiekunce, którą Tomek bardzo polubił, Katarzynie Leśniak–Szczepańskiej, Paulinie Sokołowskiej, Monice Blacharskiej, Pawłowi Pałce, Agnieszce Wiśniowskiej, Agacie Jesionek, Sylwestrowi Adamskiemu, Elżbiecie Mazurek, Joannie Szymalak, Edwardowi Moczulskiemu i Małgorzacie Kopaczewskiej.

KOCHANI JESTEŚCIE WIELCY!!!

OŚRODEK REHABILITACYJNO–EDUKACYJNO–WYCHOWAWCZY
W RADOWIE WIELKIM 11 TO NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCE NA ŚWIECIE!!!

Barbara Kopania


Powrót do treści | Wróć do menu głównego